Szpital.

Dostaje bardzo dużo komentarzy, smutna treść ale podnoszą na duchu, że wy kobietki jakoś się trzymacie. Chciałabym poruszyć jedną sprawę, po przeczytaniu jednego z komentarzy, a mianowicie, pobyt w szpitalu, opiekę lekarską od przyjęcia do wypisu. Od początku w takim razie…
Godzina 15 pojawiam się w ośrodku zdrowia, gdzie przyjmuje moja Pani doktor, przyjmuje do 16, godzina 15 pielęgniarka wzrusza ramionami „nie ma.”. Ok, spróbujemy gdzie indziej, myślę, jadę do drugiego ośrodka zdrowia w poszukiwaniu już jakiegokolwiek lekarza żeby uspokoił moje nerwy. W międzyczasie próbuję dodzwonić się na komórkę do mojej doktorki, nie odebrała tego dnia. Duży miejski ośrodek, ginekologa nie ma od 14 już żadnego. To co? To szpital. Na SORze siedzi młody ratownik, ciężko młodemu mężczyźnie opowiadać o lekkim krwawieniu, ba o jakimkolwiek krwawieniu, mały dyskomfort. Ale nic, mówi, że lekarz przyjmie. Lekarz przelatuje przez korytarz, ratownik w biegu opisuje mój przypadek, a lekarz nawet wzrokiem mnie nie zaszczycił,” teraz nie mam czasu”. Ok. Czekam dalej, pół godziny,decyzja, na oddział, tam mnie ktoś zbada, pół godziny papierków na recepcji i zapraszamy. Oddział mały, 4 pokoje po 3 łóżka, jedna łazienka na korytarzu (to norma?), ogólna cisza i spokój. Pielęgniarka obojętna, głucha na moje prośby czy nie można byłoby wypuścić mnie od razu po badaniu, bo na pewno przesadzam lekko, teraz to rozumiem, procedury. Papierki, papierki i jeszcze raz papierki i sala numer 1 „oto Twoje łóżko”. Leżą ze mną dwie młodziutkie dziewczyny, początki ciąży, jedna 7 tydzień, druga 12, plamienia i anemia, ogólnie wakacyjny pobyt w szpitalu, papierosek co godzinę. Jak widzę palącą kobietę w ciąży to mam ochotę ją złapać za głowę i uderzyć o ścianę, bądź latarnię, bądź inny twardy przedmiot, bądź obiekt. Ale nie o tym miałam pisać. Po kilku minutach wchodzi znów pielęgniarka pokaż podpaskę. Chwila zawahania…yyy no dobrze, pokazuję, „pfff takie coś? to nawet nie plamienie!, ale skoro już przyjęliśmy to lekarz musi zobaczyć”. Teraz mi głupio, może naprawdę przesadziłam? Ale Olo za spokojny, gorączka lekka, więc twardo zostaję. Pojawia się lekarz, po słowach pielęgniarki od drzwi gabinetu zaczynam się głupio tłumaczyć, że jestem lekko zaniepokojona, że moja pierwsza ciąża więc, może troszkę przesadzam…Ale lekarz pełny profesjonalizm, spokojnie wypełnia kartę, zadaje dużo pytań, jego też pytam czy jak wszystko będzie dobrze to czy mogę wyjść, bo jutro zajęcia, bo nie mogę opuścić…Zaproszenie na fotel, dziwnie znów się czuję, pierwszy raz bada mnie mężczyzna, ale jest delikatny, sympatyczny. I mina nagle mu się zmienia, diametralnie, mierzy szyjkę, mówi, że jest gorzej niż myślał, że ciąża najwyższego ryzyka, że 10% szans na utrzymanie, że 4cm rozwarcia. Dalej mało pamiętam, płacz, jego spokojny głos, że cuda się zdarzają, że leki na infekcję przez kilka dni i potem szew. Ale, że mam przygotować się na najgorsze. Wyszłam na korytarz, stała moja A. Z płaczem jej mówię jak jest źle, że mogą nie uratować Oliego, podlatuje pielęgniarka, która oglądała moją podpaskę, „co się stało? co lekarz powiedział?. Widać, że troszkę jej głupio, ale mało mnie to interesuje, wcale wręcz. Pierwszy wlew antybiotyku, kroplówki, środki uspokajające i do łóżka, wstajemy tylko do łazienki. Przed snem mówię sobie, że jak przetrwamy noc, to nam się uda. Przychodzi jeszcze lekarz, pytam kiedy dokładnie ten szew, mówi tylko, że daleka droga przed nami i mam się próbować uspokoić. Jak?
Dziewczyny obok się nie odzywają, zerkają tylko od czasu do czasu, co jakiś czas ktoś do nich dzwoni i opowiadają, że dzidziuś ma już tyle i tyle, że zaraz wychodzą itp…A ja myślę, czy moje dziecko nie urodzi się w nocy, czy uda mi się to powstrzymać, zaczynam się modlić. Zasypiam, nie wiem kiedy, jest jeszcze jasno, budzę się. Udało się, daliśmy radę idę do łazienki, staram się wstać jak najdelikatniej, sprawdzam czy nie ma krwi, jest, mnóstwo, zaczyna pobolewać mnie brzuch. Wracam zapłakana do łóżka, przychodzi nowa pielęgniarka. „Pani tyle nie płacze! Synowi Pani tylko szkodzi.” Mówię, że boli mnie brzuch, regularnie od godziny co 8 minut i coraz mocniej. Dostaję nospę. Mija godzina, bóle są coraz gorsze, coraz częstsze i coraz dłuższe. Przychodzi moment, że skurcze mam co 2 minuty, krzyczę na cały oddział, nikt nie przychodzi, mam wrażenie, że zaraz wgryzę się w metalowe rurki. Dziewczyny przerażone, nie wiedzą co się dzieje, ja wyję z bólu, proszę jedną żeby poszła po kogoś bo zaraz zemdleję. Spokojnym krokiem wchodzi pielęgniarka, „to Pani tak krzyczy?lekarz zaraz będzie, na obchodzie jest na noworodkowym”. Nie myślę już trzeźwo, w ogóle nie myślę, mam wrażanie, że zaraz umrę, wiem, że właśnie rodzę swojego syna. Wchodzi lekarz, tu się zaczyna tragedia. „proszę pani, niech pani chwilę poczeka” i zwraca się do pozostałych przerażonych dziewczyn, poranny wywiad. Ja się drę, wije i nie wiem co zrobić a on ogląda karty i ustala wypisy. W końcu patrzy na mnie, mówi do pielęgniarki żeby przyprowadziła mnie na zabiegowy na badanie. Pielęgniarka spokojnie czeka bo akurat jak próbuję się podnieść dostaję skurczu, padam znów na łózko, druga próba. Pojawia się zniecierpliwiony lekarz w drzwiach. Ok podnoszę się widząc jego wzrok. Ledwo dochodzę do zabiegowego znów skurcz, trzymam się fotela i płaczę z bólu. Stoję w samej koszulce, lekarz na mnie patrzy wyczekującym wzrokiem, boże co się dzieje!”będzie tylko gorzej, proszę już usiąść na fotelu”. Siadam. „to już koniec, trzeba przebić worek owodniowy, zaraz Pani wyroni”. Boże niech pan ratuje moje dziecko! Cisza, wody odeszły, słyszę jak wszystko leci na podłogę. „Proszę przeć, zaraz będzie po wszystkim”. Drzwi do zabiegówki otwarte, zegar nad głową, 9:30 rodzi się mój syn, płaczę, wyję, „już po wszystkim, wyroniła Pani.” Ból ustaje, pustka, brzuch robi się płaski. Lekarz wychodzi z dzieckiem, pielęgniarka zostaje pilnować czy krwawienie nie za mocne. Próbuje mnie uspokoić, pyta jak chce dać synkowi na imię, czy chcę go zobaczyć, nie pamiętam co powiedziałam, nie widziałam go. Wchodzi kilka osób, anestezjolog z uśmiechem „a pokaże mi się Pani, a co Pani taka zapłakana?zaraz wyczyścimy”. Przywiązują mi nogi do łóżka, reszty nie pamiętam. Budzę się jak przenoszą mnie na moje łóżko, do połowy rozebraną, z gazą między nogami. Pusta w środku. Dziewczyny patrzą przerażone, odwracam wzrok, przychodzą do nich mężowie, rodzina, wszyscy uśmiechnięci, ja rozebrana, pod kołdrą, po cichu płaczę. Nie myślę, narkoza jeszcze działa. Wieczorny obchód, standardowa procedura, „przestanie pani płakać to niezdrowe, bóg tak chciał.” Zasypiam znów. Rano do wypisu, ostatnie spotkanie z lekarzem, przychodzi z młodszym ginekologiem „a to Pani z typowym bezobjawowym rozwieraniem się szyjki w 20 tygodniu, jest Pani rzadkim przypadkiem Pani E.” Chyba środki uspokajające działają, bo chce mi się śmiać, powiedział to tak jakbym miała być dumna z posiadanej niezdolności do utrzymania ciąży. Czekam na wypis 4 godziny. Wychodzę. Jadę pochować swojego synka.

Przeskoki.

Etap gniewu przechodzę na zmianę z bezsilnością. Albo nie mam możliwości wstania z łóżka, albo z niego wyskakuję i myślę o tym, że chętnie bym komuś przyłożyła. Pierwszy etap jest w pełni przeze mnie akceptowalny, pozostanie w łóżku przez cały dzień nie wprawia mnie w lepszy nastrój, ale też nie wpędza mnie w większą depresję. Zamykam drzwi, chowam się pod kołdrą i czas się zatrzymuje, wyłączając większość funkcji mojego mózgu. Potrafię tak cały dzień, gdybym mogła potrafiłabym tak całe tygodnie. Gorzej wychodzi mi współpraca mojego organizmu z gniewem, wielką złością, pożera to mnóstwo mojej energii, ale łatwiej funkcjonuje mi się w otoczeniu ludzi. Codziennie otwieram oczy i w pierwszych sekundach już wiem, że irytować będą mnie najmniejsze szczegóły, nie mówiąc o otaczających mnie osobach. Jedno słowo potrafi mnie zirytować do granic możliwości. W moim mózgu panuje wojna, wiem, że sama sobie na to pozwalam, sama pozwalam na to że moje emocje skaczą od góry do dołu, kiedyś sama to opanuję, ale póki co walczyć nie zamierzam.

Remisja.

Wiedziałam, że ból wróci, wiedziałam, nie byłam po prostu przygotowana. Domyślałam się, że będzie to dziś, w końcu czwartek, minęły cztery tygodnie. Patrzyłam na siebie z dumą przez ostatni tydzień „brawo E. radzisz sobie świetnie, potrafisz się koncentrować na otoczeniu, śmiać się z kawałów przyjaciółki. Ba! Potrafisz jechać na cmentarz i z uśmiechem opowiadać co zabawnego się przydarzyło tego dnia.” Brawo E. prawie uwierzyłaś, że dasz radę utrzymać ten stan. Gówno prawda, gruchnęło. Pojechałam na cmentarz, podlałam kwiaty, trawę, choinki. I nagle zabrakło mi powietrza, znów ten szloch, jak na pogrzebie, nie do powstrzymania. Jak cholernie komicznie musi wyglądać 25letnia kobieta przyjeżdżająca pielęgnować kwiaty na grobie swojego synka! Powinnam teraz dumnie paradować z brzuszkiem w 25tyg ciąży, a nie przyjeżdżać na cmentarz żeby porozmawiać z własnym dzieckiem….Zaczynam kolejną falę kryzysu, i od początku…i od początku…może padnę gdzieś po drodze.

Zabierz ten ból


Wydaję mi się, że zaczynam wariować. Ani moje ciało ani mój umysł nie radzi sobie z tym co się stało. Zamykam oczy i widzę moje dziecko, moja głowa non stop zarzuca mnie obrazami co mogłam zrobić żeby go uratować. Może gdybym wcześniej coś zauważyła, może jakbym wybrała sobie prywatnego lekarza, może gdybym nie poszła na ten kurs, może gdybym wcześnie zauważyła, że coś nie tak…Boże może jakbym przytuliła mojego syna, to by przeżył, może zdarzyłby się cud. Nie wybaczę sobie nigdy, że w szoku nie chciałam go zobaczyć, nie wybaczę sobie, że nie znalazłam w sobie siły żeby uwierzyć, że jak go wezmę w ramiona to może do mnie wróci…A co jeśli żył? Do końca życia zapamiętam godzinę 9:05 a w karcie Oli ma zapisane że urodził się o 9:30. A co jeśli żył przez te 25minut?? Boże co ja mam z tym zrobić? Boję się, że to moa wina, ja wiem, że to moja wina…Zamykam oczy i widzę go, patrzy na mnie smutnymi oczkami, dlaczego mnie nie uratowałaś mamo…Minął tydzień, ja czuję jakby minęło 10lat, nie czuję nic, oprócz nienawiści do samej siebie. Jak ja mogłam na to pozwolić? Jak mogłam dopuścić do tego, że moje ciało nie potrafiło, uratować mojego dziecka? Nic już nie ma sensu. Słyszę, że muszę na nowo poukładać moje życie. Pochowajcie swoje dziecko i powiedzcie mi to znów, zobaczymy czy dacie radę. Zabierzcie to z moje głowy proszę…